poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Sezon ogórkowy
niedziela, 25 grudnia 2011
BN
Uściski
sobota, 12 listopada 2011
Poezja w Starym Kinie
Zapraszamy!
sobota, 8 października 2011
przyszła jesień i nie ma na to rady
Ostatnio odwiedziła mnie moja przyszła współlokatorka. "Ja nie pierwszy raz zaczynam nowe życie, damy radę."
Uściski.
sobota, 3 września 2011
Leave me alone, I'm a twentysomething
sobota, 9 lipca 2011
piątek, 10 czerwca 2011
22
wtorek, 10 maja 2011
klapy
Pani rozwaliła sobie palec przykręcając je z powrotem, a ja poszłam na kolokwium.
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
niemanie
Przyszłam tu jednak nie po to, by o tym mówić, ale dlatego, że wybieram się do Wilna. A skoro Wilno, to blogspot, to stukanie na klawiaturze na moim akademikowym łóżku, to podróż tak sentymentalna, że boję się reakcji Dawida, którego tam zabieram, na to, że będzie mnie wzruszać każdy krawężnik. Skoro Wilno, to Dalia, to Robert i jego chłopięco zmarszczone czoło, które uwielbiam. I mnóstwo ważnych rozmów oraz decyzji, które tam zapadną.
Na tę końcówkę Świąt i zbliżające się lato życzę samych radości. Obiecuję wrócić i mieć coś do powiedzenia.
piątek, 4 marca 2011
babskie śmieci w sieci
Czyli co, świat tipsów albo feminizm. I nic więcej?
czwartek, 3 lutego 2011
Nie biorę pod uwagę zarzutów, że w Walentynki samotni oglądają komedie na dwójce i ryczą w poduszki, bo na tym polega niezrozumienie tego dnia. Nie o to chodzi, żeby czternastego lutego sortować ludzi na samotnych i w związkach, tylko, żeby wykrzesać z siebie trochę życzliwości, kupić koleżance kwiatek czy mamie upiec ciasto. A jak się jest zakochanym, to Walentynki i tak się ma codziennie. O.
piątek, 28 stycznia 2011
wtorek, 11 stycznia 2011
sobota, 25 grudnia 2010
VL
piątek, 19 listopada 2010
Survival
wtorek, 26 października 2010
poniedziałek, 13 września 2010
Czasem tak się dzieje, że słoneczną, najpewniej ostatnią taką w tym roku, niedzielę spędza się w domu, z bólem głowy i katarem, bo akurat miało się dwudniową dziurę w przyjmowaniu witamin i czosnku (bądźmy poważni, co złego może się stać w ciągu dwóch dni wolnych od czosnkowego smrodu, najwyraźniej wiele, na przykład przeziębienie.) No w każdym razie, dzisiaj dwie sprawy. Coppolowski "Tetro" i szwedzkie kryminały.
Tak się przyjemnie złożyło, że zeszły weekend należał do tych zdecydowanie udanych, a i znalazł się czas na wieczorne kino w centrum stolicy. Padło na Coppolę, bo lubię, bo Vincent Gallo, bo dlaczego nie. I chociaż trudno oceniać film tego typu reżysera, no bo jakie mogą mieć znaczenie następne dzieła, skoro się już nakręciło "Czas Apokalipsy", to jednak nie ma tam miejsca na rozczarowanie. Jest tak, jak powinno być. Klimatycznie, ale bez przesady, z przesłaniem, ale bez porywania się na arcydzieło, są dobrze rozpisane postacie i jakoś trzyma się to wszystko czarno-białej kupy, mimo że można domyślić się zakończenia po paru minutach. I skoro jesteśmy już przy domyślaniu się finału, można gładko przejść do Larssona. Jakiś czas temu kupiłam trzy tomy "Millenium", rozpalić tym można w kominku, tyle papieru, ale że i mnie masowe zachwyty czasem dotyczą, kupiłam i czytam cierpliwie. I na początek należy powiedzieć, że jest dobrze. Wchodzi, na posezonowe wakacje w kurorcie, jak znalazł i nie jest to wcale złośliwość, w tym wypadku pochwała, w końcu o to chodzi w kryminałach – nie po to się je czyta, żeby odpowiadać sobie na egzystencjalne pytania. Wszyscy bohaterowie ciągle piją kawę i wymienia się po kolei, jakie meble kupili w Ikei, ale to są tylko potknięcia w obliczu tego, że historia jest po prostu ciekawa. ALE. Czytając Larssona ma się wrażenia podobne do słuchania komentatorów sportowych na Polsacie, którzy niegdyś, niestety, komentowali Mundial i pełno tam było golkiperów, timów, amerykańskich soldżerów, songów, fajtowania i innych paskudztw. Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak bezsensowne zapożyczenia (jakby z bramkarzem lub piosenką było coś nie tak), a takich idiotyzmów w książce przetłumaczonej w całości na język polski się nie spodziewałam. Na tyle ta wersja jest bezczelna, że wstawki z angielskiego, całe zdania, uniemożliwiają zrozumienie kontekstu, dla czytelnika, który angielskiego nie zna, co jest już w ogóle grandą. Skandynawowie na pewno zangielszczeni są bardziej niż Polacy, ale tu trochę przesadzili.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Telewizja
sobota, 21 sierpnia 2010
JMB
Bardzo lubię to uczucie, kiedy coś mnie jeszcze kulturalnie zachwyci, zainspiruje i otworzy szerzej moje oczy. Zaczęło się od leniwego przeglądania Newsweeka i natknięcia się na skromny artykuł dotyczący Jean Michella Basquiata (proszę mi wybaczyć, ale pojęcia nie mam jak się odmienia francuskie nazwiska przez polskie przypadki), który może i nie był porywający, ale przykuł moją uwagę czarnoskórym chłopaczkiem o szczerym i smutnym spojrzeniu na tle pstrokacizny w swojej pracowni. Basquiat przyjaźnił się z Warholem, chociaż podobno toksycznie, i zaćpał się, jak na porządnego dwudziestosiedmioletniego artystę przystało. Nie dalej jak dziś po południu, Oliwia siedziała na moim dywanie pijąc kawę z ekspresu i rozmawiałyśmy o tym, że jak autor się zabije lub dokona innej, szeroko pojętej autodestrukcji, to się prace lepiej sprzedadzą i jakże się nie myliła. Z JMB chodzi chyba jednak o coś więcej, bo do mnie ten kolorowy prymitywizm jakoś podejrzanie mocno przemawia, a po obejrzeniu filmu biograficznego (swoją drogą na podstawie książki Lecha Majewskiego, której teraz usilnie szukam, ale internet jest średnio pomocny) ze zdziwieniem stwierdzam, że poza obrazami, rozumiem ten specyficzny rodzaj samotności i popieprzenia, patrzenia w sposób, który człowieka samego dołuje i straszy, by za chwilę zachwycić. W oczach ten chłopak miał coś tak niesamowicie skromnego, a zarazem wzniosłego, że aż miałoby się ochotę posiedzieć obok niego w nowojorskim parku i słuchać Milesa na dwóch słuchawkach. Jedna on, druga ja.