poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Sezon ogórkowy

Rozmyślam nad przysłówkiem, który określiłby jak to się teraz wszystko odbywa. Musiałby skwitować ostre przejścia pomiędzy życiowymi etapami, przeprowadzki, wyrzucanie na śmietnik i z głowy balastów, a zarazem spędzanie nowych. Przewartościowanie, gotowanie obiadu, patrzenie w sufit i frustracje. Trzynaście i pół kilograma siostrzenicy i jej kojącego śmiechu. Napięte oczekiwanie na zmianę i jednocześnie głęboki, bezpieczny sen w towarzystwie najwłaściwszej pod słońcem osoby. Karcenie samej siebie, nerwobóle codziennie przed dwudziestą pierwszą, czytanie artykułów o pogoni za sukcesem. Otwarte pliki tekstowe, zgubione kropki, urządzanie życiowej przestrzeni, łaknięcie natłoku spraw. Tak to się wszystko odbywa, latem, w sezonowym, nieznośnym przestoju, który podnosi co roku ciśnienie mojej krwi, a który, koniec końców, wychodzi mi zawsze na dobre, na normalne, na spokojne.

niedziela, 25 grudnia 2011

BN

Bezśnieżne mamy w tym roku Święta. W naszym mieszkaniu o atmosferze stanowiły resztki śledzia i trzydziestocentymetrowa choinka; w naszym domu masa ozdób, jedzenia oraz moi rodzice. Szukanie swojego miejsca i zakorzenienie się w nim na dobre nie udaje się w zasadzie wcale, skoro wciąż trzeba być rozkraczonym pomiędzy miastami i rodzinami. Pomyślałam jednak niedawno, że jeśli zakupy robi się zawsze dla więcej niż jednej osoby i, może niecodziennie, ale jednak zwykle, ktoś krząta się w pobliżu o różnych porach doby, to jest to namiastka, może nawet część, prawdziwego domu. Na następny rok, życzę sobie naprawdę sporo, jako że ma być to rok pracowity i ważny, więc oszczędzę, ale Wam nie wypada życzyć nic innego, jak szczęśliwości. A tym, którzy odwiedzają tę stronę, by się dowiedzieć, co słychać, życzę, żeby sięgnęli po telefon i zadzwonili, bo blog to mierne źródło jakiejkolwiek informacji.

Uściski

sobota, 12 listopada 2011

Poezja w Starym Kinie

19. listopada w Poznaniu odbędzie się wieczór poetycki Joanny Dziwak, Kuby Sajkowskiego i autorki tegoż bloga. Spotkanie rozpocznie się o 18.00 w klubie "W Starym Kinie", przy ul. Nowowiejskiego 8, a całość poprowadzi redaktor naczelny Zeszytów Poetyckich, Dawid Jung.

Zapraszamy!

sobota, 8 października 2011

przyszła jesień i nie ma na to rady

Mam dużo przemyśleń na temat samotnego mieszkania. Na przykład takie, że nikt mnie nie uratuje, jeśli zaczadzę się pod prysznicem, ponieważ mam stary junkers, a pan przyjdzie go wymienić dopiero w czwartek. I że bezsensownie chodzę po mieszkaniu włączając i wyłączając różne światła zupełnie bez sensu. I jeszcze, że jedzenie dla jednej osoby w lodówce wygląda dość smętnie. Tak czy inaczej, fantastyczny komfort świętego spokoju, gdy jest potrzebny, bo akurat podjęło się głupią decyzję i nie ma się ochoty o niej dyskutować ze światem, rekompensuje tę samotność, a i przyjmowanie gości jest bardzo przyjemnie. Tyle o mieszkaniu, więcej o dzielnicy. Zamieszkałam w podłej części miasta, która bardzo mi się podoba i trochę mnie to martwi. Janusz Głowacki pewnie napisałby w niej jakieś przyzwoite opowiadanie, zainspirowany ludźmi oraz okolicznościami, jak to robił w Nowym Jorku, ale ja, mam wrażenie, tylko obserwuję z rozdziawionymi ustami. Okolicę określiłabym jako specyficzną, ale to krzywdząco za mało. Ludzi jest dużo, głośno rozmawiają, śmieją się, dziewczyny głównie są w ciąży, a w niedzielne popołudnia jest czas na czilałty z piwem. Przy czym gdy przechodzę, panowie ściągają czapki i uprzejmie się kłaniają. Miejsce i ludzie wyglądają zupełnie inaczej niż reszta miasta, a brak ulicznych hałasów bardzo przypomina mi mój prawdziwy dom, co czasem bardzo się przydaje.
Ostatnio odwiedziła mnie moja przyszła współlokatorka. "Ja nie pierwszy raz zaczynam nowe życie, damy radę."

Uściski.

sobota, 3 września 2011

Leave me alone, I'm a twentysomething

Dorosłość jakoś nigdy nie przychodziła mi z trudem, a przynajmniej lubiłam tak myśleć. Szukanie nowego domu i pracy przyniosło jednak nieoczekiwane frustracje i oczywiste wnioski, że nie jestem uśmiechniętą panią na obcasach z "Twojego stylu", która pojechała do Hollywood, pracowała ciężko jako kelnerka, ale potem odniosła sukces. Jeżdżę często pociągami i zastanawiam się co z tymi, które sukcesu się nie doczekają i dlaczego o nich nie pisze się w gazetach, skoro są w większości. Jestem teraz kimś pomiędzy absolwentem socjologii z prowincji, którego nikt nie chce, a smętną, przygaszoną sobą, której chwilowo nastrój poprawiają krótkie wakacje i myśl, że to przecież normalne i, prędzej czy później, dopada każdego.

sobota, 9 lipca 2011

Przejmowanie się mam we krwi od zawsze. Kiedy w podstawówce ukradziono mi trzy złote łańcuszki, rozchorowałam się proporcjonalnie na trzy tygodnie. Kiedy robię coś na kilka dni przed wyznaczonym terminem, zamartwiam się, czy to nie za późno i czy na pewno zdążę. Przy okazji uspokajam cały świat i wszystkim ludziom powtarzam, żeby się nie spinali, podczas gdy to ja spinam się najbardziej. Miewam okresy, kiedy mi na krótko przechodzi, ostatni taki ponad rok temu, ale przejmowanie się wraca falami i naprawdę trzeba mnie doprowadzić do ściany, żebym w końcu odpuściła. To jest właśnie ten moment. Od dziś nie odbieram telefonów od idiotów, nieprzyjemne obowiązki wypełniam bez nerwów, ładuję akumulatory w głuszach i przeglądam magazyny lifestylowe w jasnych kolorach. Mogę też czasem coś ugotować lub z czegoś bardzo się ucieszyć. Udanych wakacji.

piątek, 10 czerwca 2011

22

Skończyłam dwadzieścia dwa lata. Mój wredny chłopak mówi, że to wiek poważny, ale on w ogóle jest strasznie stary, więc go nie słucham. Zobaczyłam rano w telewizji dziewczynę w koszulce z nadrukiem "Działka moje hobby" i przypomniałam sobie, że trzy lata temu dostałam na urodziny książkę o tym tytule, a darczyńca od dawna jest już byłym przyjacielem. Może to i lepiej, że nie jest mi smutno z powodu nadgryzienia zębem dorosłości, za to z powodu tych wszystkich byłych przyjaciół, których może nie ma aż tak wielu, ale i tak nie planowaliśmy nigdy, że będą byli. A jednak są, choć im nikt nie pozwolił, a wspólne nasze chwile wydają się teraz tak odległe, niepoważne, tak błahe, a przecież wcale nie były. Nostalgia jest jednak ostatnim, czego dwudziestolatka (mam tak zamiar mówić o sobie jeszcze przez osiem długich lat) potrzebuje na starcie urodzinowego weekendu pod znakiem wyjazdu, relaksu i dobrego jedzenia. Życzę więc udanego czerwca i żebyśmy w przyjaźni okazywali trochę więcej troski, uwagi i zrozumienia, nie tylko w dniach trudnych problemów i urodzin, ale przy przeciętnym piątku również.

wtorek, 10 maja 2011

klapy

Dziś w moim instytucie ktoś rozmontował klapy sedesowe we wszystkich łazienkach budynku. Szczerze przepraszam, że tematem są właśnie te klapy, ale szalenie mnie zaintrygował ten problem. Otóż człowiek stawał "na narciarza" na wszystkich ubikacjach i rozmontowywał klapy. Wiem, bo z panią sprzątającą często ucinamy sobie życiowe pogawędki, a pani przeprowadziła małe śledztwo, nieskomplikowane zresztą, bo na ubikacjach zostały ślady zabrudzonych butów. I tak mnie to lekko uderzyło, ten sposób, w jaki człowiek może spędzać czas. Wolny czas, jak zakładam. Kiedy ja czytam ostatnie rozdziały przed historią literatury, a myślami już stamtąd wychodzę, jakiś człowiek postanawia zostać po swoich zajęciach, około 15, ( a trzeba pamiętać, że o 15 połowa studentów od czterech godzin jest już w domu) i rozmontować klapy sedesowe. I tak myślę dalej nad tymi rozdziałami; może to performance? Byłam niedawno w zielonogórskim BWA i to chyba najgorzej wydane dwa złote, więc widziałam co ludzie potrafią nazwać sztuką, a była to płyta pilśniowa i dwie metalowe rurki. Może ten demonstracyjny wandalizm to wysoce symboliczny przejaw artyzmu, którego z panią sprzątającą nie rozumiemy?

Pani rozwaliła sobie palec przykręcając je z powrotem, a ja poszłam na kolokwium.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

niemanie

Nawet witamin nie umiem łykać regularnie, a co dopiero prowadzić bloga. Wydaje mi się w ogóle, że "prowadzić bloga" to określenie zupełnie niezdarne i nieadekwatne do tego miejsca, ponieważ trzeba mieć wtedy coś do powiedzenia, a ja mam bardzo rzadko. Nie mówię tego jednak z troską o siebie, przeciwnie, to niemanie niczego do powiedzenia zaowocowało niedawno tym, że tłumaczę na polski to, co inni powiedzieli, ale dawno temu i daleko stąd, przez co takich tłumaczeń u nas (jeszcze) nie ma. Ale będą, bo, jak wspomniałam, nie mam nic do powiedzenia.

Przyszłam tu jednak nie po to, by o tym mówić, ale dlatego, że wybieram się do Wilna. A skoro Wilno, to blogspot, to stukanie na klawiaturze na moim akademikowym łóżku, to podróż tak sentymentalna, że boję się reakcji Dawida, którego tam zabieram, na to, że będzie mnie wzruszać każdy krawężnik. Skoro Wilno, to Dalia, to Robert i jego chłopięco zmarszczone czoło, które uwielbiam. I mnóstwo ważnych rozmów oraz decyzji, które tam zapadną.

Na tę końcówkę Świąt i zbliżające się lato życzę samych radości. Obiecuję wrócić i mieć coś do powiedzenia.

piątek, 4 marca 2011

babskie śmieci w sieci

To już nie te czasy, kiedy włączało się po kryjomu komputer i rozmawiało z chłopcami na gadu gadu; teraz to od komputera byle jak najdalej, bo tam tylko służbowe maile i praca do napisania. Słyszałam, że od długiego siedzenia przed monitorem ma się mniej energii i ogólne przytępienie, co mnie bawiło jako czternastolatkę, a teraz ze zrozumieniem kiwam głową. Chciałabym napisać słowo o portalach internetowych, przy czym temat się pewnie rozszerzy, ale to zobaczymy. Zacznę od portalu dla kobiet, który jest "seksowny", wyzwolony, przebojowy i, zdaje się, dla kobiet szczęśliwych. Polubiłam na fejsie i w ogóle, ale mam wrażenie, że miejsca, gdzie hołduje się radości są beznadziejnie spłycone. Na stronie głównej róż (do którego nie powinno się nic mieć, kolor jak kolor, ale kojarzy się raczej marnie), hot news, good look (ponieważ słowa "dobry" i "wygląd" brzmią obrzydliwie, po polsku i prowincjonalnie), a wg sondy jedyne co może poprawić kobiecie humor to kawa, seks, miłość, czekolada, buty i bieganie. (?!) Pierwsza podpisuję się pod inicjatywami medialnymi, które mają podładować kobiecy świat energią, zadowoleniem i chęcią działania oraz sprawiania sobie wszelkich przyjemności, ale zastanawia mnie, czy forma zawsze musi być taka nieciekawa. Dlaczego na jednym z głównych polskich portali dla mężczyzn obok zdjęć ładnych pań i fajnych samochodów, są wywiady z naukowcami, informacje ze świata, wiadomości kulturalne i społeczne? Szukam dalej. Kolejne miejsce dla pań, tematy miesiąca : grypa, makijaż, paznokcie. Dalej. "Polowanie na feministki. W świecie mężczyzn feministka jest nie do zaakceptowania." Kolejny. "STOP podjadaniu".

Czyli co, świat tipsów albo feminizm. I nic więcej?

czwartek, 3 lutego 2011

Walentynki są spoko. Nie rozumiem o co chodzi z tą całą nagonką na czerwone serduszka w supermarketach i na przejmowanie komercyjnych świąt Zachodu. Gdyby chodziło o dzień bezczeszczenia zwłok, mogłabym zrozumieć oburzenie, ale dzień zakochanych? Nie dość, że nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli kupi pudełko czekoladek i zrobi komuś przyjemność (no bo komu nie sprawia przyjemności czekolada, tap madelkom chyba), to nawet gdyby miałoby się Walentynki bojktować - nic prostszego. Sklepy są wypchane przesłodzonymi misiami ajlowju, bo taką niektórzy ludzie mają pracę - produkować i sprzedawać misie ajlowju. I nie jest to w żaden sposób gorsza praca niż handlowanie węglem czy nauka angielskiego. I o ile rozmawiam z ankieterami, którzy napastują mnie przez telefon w niemal każde popołudnie ("bo ludzie ciężko pracują i trzeba im pomóc."), o tyle napędziłam milionową machinę i kupiłam w tym roku kartkę z wielkim sercem za 4,99.
Nie biorę pod uwagę zarzutów, że w Walentynki samotni oglądają komedie na dwójce i ryczą w poduszki, bo na tym polega niezrozumienie tego dnia. Nie o to chodzi, żeby czternastego lutego sortować ludzi na samotnych i w związkach, tylko, żeby wykrzesać z siebie trochę życzliwości, kupić koleżance kwiatek czy mamie upiec ciasto. A jak się jest zakochanym, to Walentynki i tak się ma codziennie. O.

piątek, 28 stycznia 2011

Tak się szczęśliwie złożyło, że ukazały się "Usta Vivien Leigh". Różne rzeczy o tej książce słyszałam, na przykład, że trąci lolityzmem, feminizmem, erotyzmem, jest romantyczna, ironiczna, że jest książką dla kobiet, że jest książką dla mężczyzn, że jest debiutem przedwczesnym, że jest debiutem w sam raz. I choć pewnie dużo w tym wszystkim racji, to ja lubię myśleć, że to książka o radości. Z dorastania, z kobiecości, z miłości albo z niczego. Z tego też, na przykład, że bohaterka dała radę, mimo że tak łatwo nie było. Lubię tak myśleć i wolę, by mnie nie wyprowadzać z błędu. Mam taką nadzieję ( i przyniosłoby mi to najwięcej satysfakcji), że każda kobieta po przeczytaniu pokiwa lekko i ze zrozumieniem głową mówiąc "Nooo, w sumie racja."

Zapraszam i polecam, na przykład
tu.

wtorek, 11 stycznia 2011

Tak sobie myślę, jaka byłabym mądra, gdybym potrafiła efektywnie pracować. Ile zdążyłabym już w tym krótkim życiu przeczytać, napisać, nauczyć się, wypełnić. Codziennie przynajmniej kilka godzin poświęcam na intensywną pracę, z czego wychodzą mi popołudnia takie jak dziś - poukładałam siedem skserowanych kartek w przeznaczonych do tego przegródkach, położyłam obok siebie dwadzieścia stron tekstu o ocenie dzieła literackiego, wypiłam dwie herbaty i odbyłam trzy rozmowy telefoniczne. Otworzyłam dokument tekstowy o moich konfesjonalistach i szybko go zamknęłam. Tak sobie myślę, że to smutne. Czas przestać zwalać winę na Facebooka, sklepy i księgarnie internetowe, bo prawdą jest, że zbytnio wzięłam do siebie zasadę szanowania swoich ograniczeń. Kiedy mam wolne popołudnie, całą masę spraw do załatwienia i sesje za pasem -potrafię parzyć herbatę i się obijać. Lub pisać teksty na blogu o tym, że mam dużo do zrobienia, a pracowitości za grosz. Ponieważ prowadzę dość modny tryb życia, czyli pracuję i chodzę na jogę, a przy okazji nie mam potrzeby podwyższania samooceny obarczaniem ludzi swoim rozkładem dnia (Taaaaka jestem zarobiona, tyle pracy, bo wiesz, studiuję dwa kierunki, DWA kierunki) , ku mojemu zaskoczeniu, ktoś mnie ostatnio zapytał, jak znajduję na wszystko czas i czy się nie przepracowuję. No jak to jak? Przecież skoro gapię się w sufit, to muszę mieć go całe mnóstwo. Przepracowanie to picie kawy o drugiej rano, bo zostały jeszcze trzy godziny z komputerem. To nieprzestający dzwonić telefon i notes zapchany tak, że na przyjemności nie ma już czasu. TO jest zapracowanie, które trzeba chyba rozpatrywać w kategoriach problemu i sytuacji do zwalczenia, a nie powodu do pochwalenia się i szukania aprobaty w oczach znajomych.

No ale. Mogę się mylić. Mając wolne popołudnie, co ja tam wiem.

sobota, 25 grudnia 2010

VL

Wprowadzając (nieświadomych) Państwa w nowości wydawnicze stycznia, zastanawiam się, czy ktoś dziś ogląda stare filmy. Nie, żebym się wywyższała, bo nie ma się czym chwalić, że w kinie na pokazie 3D nic nie widzę przez te okulary i boli mnie głowa, ale ja oglądam. Oglądam często moją ulubioną Vivien Leigh i wzdycham nad tą teatralną kinematografią, nad kobietami o porcelanowej skórze i pięknych kościach policzkowych, nad mężczyznami w wyprasowanych koszulach i nad dyganiem, gdy dama wejdzie do pokoju. I, naprawdę, dajmy już spokój "Przeminęło z wiatrem", bo może faktycznie przeminęło i, niesłusznie, zostało ikoną kojarzoną z banałem przez co traci na wejściu u dużej rzeszy potencjalnej publiczności. Ale kto widział "Tramwaj zwany pożądaniem" (i naprawdę genialny duet Leigh&Brando) lub "Annę Kareninę" i może powiedzieć, że to gorsze niż jakiś tam Avatar i niebieskie istotki? Nie wspominając już o źródłach tych filmów, czyli książkach. Zachwyt.

Zajęci są Państwo pewnie piernikiem i "Kevinem samym w domu". I słusznie.

Życzę wszystkiego dobrego na Święta, a w nowym roku niespożytej energii i świętego spokoju, do podziału. Ach, zapomniałabym. I miłości, bo z nią się wszystko udaje.

Ściskam

piątek, 19 listopada 2010

Survival

Wypadało zapisać się na seminarium i zastanowić się nad tematem, więc to zrobiłam. Rozmyślań było niedużo, padło na poezję i Stany Zjednoczone, ale nie trudami dotyczącymi prac naukowych (przy czym ten przymiotnik jest tu mocno naciągany) chciałam się podzielić, a kilkoma uwagami na temat kanadyjskiego pisania i wykładania literatury na filologiach, jakkolwiek tendencyjnie czy górnolotnie by to nie brzmiało.
Przy okazji szperania w Internecie i bibliotekach w poszukiwaniu materiałów do pracy, zebrało mi się na wspominki o dr Rucie Slapkauskaite, uśmiechniętej blondynie i rewelacyjnym naukowcu z Litwy, fascynatce literatury kanadyjskiej. Co więcej, przypomniały mi się wszystkie proponowane przez nią na zajęciach teksty, od celebrytki Atwood do kanadyjskich autorów litewskiego pochodzenia. Zatęskniłam od razu, bo doceniałam bardzo jej umiejętność przebicia się z tą prozą przez chaszcze Johnów Smithów, ludzi, myszy i szkarłatnych liter z USA, i tak przecież zdawkowo omawianych. Pomimo prostoty tematów i formy pomyślałam nawet, że miło byłoby pomęczyć się z pracą właśnie z literatury kanadyjskiej. Później pomyślałam, że musiałabym przekonać, a potem przekwalifikować mojego promotora i mi się odechciało. Nie jestem pewna, czy przeszkodą jest tylko mój uniwersytet, czy tę dziedzinę, niesłusznie, traktuje się po prostu po macoszemu.

Ze spraw bieżących: słuchałam dziś rosyjskiego disco i upiekłam pączki. To będzie dobry, choć singielski, weekend.

wtorek, 26 października 2010

Love

is the answer.

Ostatnio często przepraszam za ckliwość.

poniedziałek, 13 września 2010

Czasem tak się dzieje, że słoneczną, najpewniej ostatnią taką w tym roku, niedzielę spędza się w domu, z bólem głowy i katarem, bo akurat miało się dwudniową dziurę w przyjmowaniu witamin i czosnku (bądźmy poważni, co złego może się stać w ciągu dwóch dni wolnych od czosnkowego smrodu, najwyraźniej wiele, na przykład przeziębienie.) No w każdym razie, dzisiaj dwie sprawy. Coppolowski "Tetro" i szwedzkie kryminały.

Tak się przyjemnie złożyło, że zeszły weekend należał do tych zdecydowanie udanych, a i znalazł się czas na wieczorne kino w centrum stolicy. Padło na Coppolę, bo lubię, bo Vincent Gallo, bo dlaczego nie. I chociaż trudno oceniać film tego typu reżysera, no bo jakie mogą mieć znaczenie następne dzieła, skoro się już nakręciło "Czas Apokalipsy", to jednak nie ma tam miejsca na rozczarowanie. Jest tak, jak powinno być. Klimatycznie, ale bez przesady, z przesłaniem, ale bez porywania się na arcydzieło, są dobrze rozpisane postacie i jakoś trzyma się to wszystko czarno-białej kupy, mimo że można domyślić się zakończenia po paru minutach. I skoro jesteśmy już przy domyślaniu się finału, można gładko przejść do Larssona. Jakiś czas temu kupiłam trzy tomy "Millenium", rozpalić tym można w kominku, tyle papieru, ale że i mnie masowe zachwyty czasem dotyczą, kupiłam i czytam cierpliwie. I na początek należy powiedzieć, że jest dobrze. Wchodzi, na posezonowe wakacje w kurorcie, jak znalazł i nie jest to wcale złośliwość, w tym wypadku pochwała, w końcu o to chodzi w kryminałach – nie po to się je czyta, żeby odpowiadać sobie na egzystencjalne pytania. Wszyscy bohaterowie ciągle piją kawę i wymienia się po kolei, jakie meble kupili w Ikei, ale to są tylko potknięcia w obliczu tego, że historia jest po prostu ciekawa. ALE. Czytając Larssona ma się wrażenia podobne do słuchania komentatorów sportowych na Polsacie, którzy niegdyś, niestety, komentowali Mundial i pełno tam było golkiperów, timów, amerykańskich soldżerów, songów, fajtowania i innych paskudztw. Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak bezsensowne zapożyczenia (jakby z bramkarzem lub piosenką było coś nie tak), a takich idiotyzmów w książce przetłumaczonej w całości na język polski się nie spodziewałam. Na tyle ta wersja jest bezczelna, że wstawki z angielskiego, całe zdania, uniemożliwiają zrozumienie kontekstu, dla czytelnika, który angielskiego nie zna, co jest już w ogóle grandą. Skandynawowie na pewno zangielszczeni są bardziej niż Polacy, ale tu trochę przesadzili.

Proszę nasłuchiwać, wypatrywać, niedługo nowości i zmiany. Ściskam Państwa.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Telewizja

Zajmuję się ostatnio odgrywaniem różnych ról społecznych, więc wczoraj wieczorem postanowiłam w ramach odpoczynku oddać się prostej rozrywce dla ucywilizowanej masy i włączyłam telewizor. Ja wiem, że to wyświechtany temat o tym, jak bardzo jest źle i że w ogóle nie ma co oglądać, ale moim zdaniem wczorajszy wieczór przebił całe zło, jakie kiedykolwiek widziałam w polskich mediach. 1. Wybory Miss Polski. W tym temacie od zawsze było źle, ale po wczorajszym tylko jeden epitet ciśnie mi się na usta, ale nie przytoczę, bo ograniczam wulgaryzmy. Gwiazdami wieczoru byli Krzysztof Ibisz, który mówi na siebie "Kris" i dziewczyny, których wyrazu twarzy po prostu nie da się opisać, tylko trzeba zobaczyć. 2. Biała Masajka. Czyli film o tym, że Szwajcarka zakochuje się w Masaju i myśli, że skoro on wypowiada jakieś 75 słów, ma fajne, czarne, muskularne ciało, to będą żyli szczęśliwie, jak Romina Power i Al Bano. 3. Kilka pozycji niewymagających komentarza: Kulisy Sławy Grażyny Wolszczak, Hotel 52, Gadżety Kobiety i Bydgoszcz Hit Festiwal. Zapytałam kompetentną w temacie osobę, ile w naszym domu płaci się za telewizję nowej generacji.
- 112 zł.

Ja tam się nie znam, ale 112 zł za Krisa Ibisza, Masajkę i Hotel 52 to chyba za dużo.

sobota, 21 sierpnia 2010

JMB


Bardzo lubię to uczucie, kiedy coś mnie jeszcze kulturalnie zachwyci, zainspiruje i otworzy szerzej moje oczy. Zaczęło się od leniwego przeglądania Newsweeka i natknięcia się na skromny artykuł dotyczący Jean Michella Basquiata (proszę mi wybaczyć, ale pojęcia nie mam jak się odmienia francuskie nazwiska przez polskie przypadki), który może i nie był porywający, ale przykuł moją uwagę czarnoskórym chłopaczkiem o szczerym i smutnym spojrzeniu na tle pstrokacizny w swojej pracowni. Basquiat przyjaźnił się z Warholem, chociaż podobno toksycznie, i zaćpał się, jak na porządnego dwudziestosiedmioletniego artystę przystało. Nie dalej jak dziś po południu, Oliwia siedziała na moim dywanie pijąc kawę z ekspresu i rozmawiałyśmy o tym, że jak autor się zabije lub dokona innej, szeroko pojętej autodestrukcji, to się prace lepiej sprzedadzą i jakże się nie myliła. Z JMB chodzi chyba jednak o coś więcej, bo do mnie ten kolorowy prymitywizm jakoś podejrzanie mocno przemawia, a po obejrzeniu filmu biograficznego (swoją drogą na podstawie książki Lecha Majewskiego, której teraz usilnie szukam, ale internet jest średnio pomocny) ze zdziwieniem stwierdzam, że poza obrazami, rozumiem ten specyficzny rodzaj samotności i popieprzenia, patrzenia w sposób, który człowieka samego dołuje i straszy, by za chwilę zachwycić. W oczach ten chłopak miał coś tak niesamowicie skromnego, a zarazem wzniosłego, że aż miałoby się ochotę posiedzieć obok niego w nowojorskim parku i słuchać Milesa na dwóch słuchawkach. Jedna on, druga ja.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Niesmak i rymy gramatyczne

W różnych sytuacjach z ludzi wychodzi żenada, jednak najradośniej macha przy okazji rodzinnych spraw spadkowych. Nie należę do osób zbyt rodzinnych, moje skromne, kilkuosobowe grono wystarcza mi w ciągu tygodnia, a i potrzeby odwiedzania, obiadków, kartek, czy telefonów do dalekich krewnych nie mamy przy święcie lub niedzieli. W związku z tym przesadnej czułości dla kuzynki babci oraz córki szwagierki brata dziadka nie mam, co jest raczej oczywiste, niż nie, więc na tym krótkim wprowadzeniu poprzestańmy. Kilka razy, a nawet i ostatnio, miałam okazję zaobserwować sytuacje, w których ludzie nie rozumieją tych wątpliwych relacji między sobą i łaszą się na wszystko, co może wiązać się ze śmieszną liczbą polskich złotych albo ogólnie rozumianym dobrem materialnym, które denat po sobie pozostawił. Pewna rodzina, gdy zmarła im leciwa babcia, ciotka, kuzynka, czy kto tam jeszcze, w jednej osobie, w tydzień po pogrzebie tłumnie przybyła z daleka do mieszkania, by je ograbić z serwetek, kożuchów, biustonoszy, kieliszków, żelazka (?!) i praktycznie wszystkiego, co można włożyć do torby i z czym się oddalić na dworzec. Przy czym o notariuszu, spadku, odpisaniu, przepisaniu, podpisaniu, dziedziczeniu, mieszkaniu i spłaceniu mówiło się z podekscytowaniem jeszcze długie miesiące. I tak mnie to trochę zastanawia. Czy teraz ludzie już nie czerwienią się ze wstydu przed samym sobą i przed innymi, czy może czerwienią, ale że zawstydzeni są wszyscy dookoła, to nie ma to żadnego znaczenia?