niedziela, 18 lipca 2010

Wstaję niestety dość późno, jem niezdrowe rzeczy, a wieczorem trochę sobie piszę. Przypominam sobie też wszystkie tytuły, które ktoś tam kiedyś mi polecał i staram się nadrabiać, dzięki czemu utknęłam z sześćset stronicowym wydaniem listów Simone de Beauvoir, której nazwiska nie potrafię poprawnie wymówić, ale której sylwetkę chętnie Państwu przybliżę, a potem odeślę, by Państwo zapoznali się szczegółowiej sami. Ta pisarka z Francji (niespodzianka) napisała podobno biblię feministek, której jeszcze nie miałam przyjemności czytać, ale jestem jej bardzo ciekawa po lekturze listów i nie ukrywam, trochę się boje. Bo, że na zdjęciach pani ładna, zadbana, po czterdziestce, z jakimś ptakiem we włosach, kwiecistej spódnicy, a na Wikipedii pewnie napisali, że niezależna, bo dużo podróżowała w latach czterdziestych, sporo też piła i balowała w mieszkaniach u Sartre'a i Camusa, to ok. Feministkom się pewnie podoba, jak na razie. Ale wystarczy jeden list do Nelsona Algrena i dla mnie cała ta prezentacja bierze w łeb. Listy są płaczliwe, nudnawe, monotematyczne, wypełnione zwrotami typu "twoja jedyna żabka myśli o swoim aligatorze", "mój mężu, kocham cię na zawsze" i temu podobnymi cudami. Dodać trzeba, że Algren i de Beauvoir nigdy się nie pobrali, bywały lata, w których ona przesyłała mu jeden list tygodniowo, a on jej jeden rocznie, by się w końcu obrazić na świat, pogrążyć w depresji i, najprościej mówiąc, kopnąć ją w dupę. Z Sartre'm też sprawa nie wyglądała na taką wyzwoloną, bo można, jak się się dobrze poszuka, znaleźć sporo wywiadów, w których de Beauvoir z tego związku się spowiada i z poczuciem przegranej wyznaje, że Sartre'a nie dało się po prostu zaciągnąć do ołtarza. Jakiś mam niesmak po tym czytaniu i wolałabym, żeby tych listów żadna kobieta już nie studiowała zbyt uważnie, bo, nie daj Boże, wpadnie jej do głowy tak pisać lub mówić do mężczyzn. "Drugą płeć", rzeczoną biblię, dorwę niedługo, ale przeczucia mam słabe. A jeśli argumenty tej książki są naprawdę w porządku, to tym bardziej się zdziwię, że kobieta z takim podejściem do życia i związków, mogła napisać dzieło, którym kobiety o totalnie innych poglądach będą się zachwycać.
No ale. Simone trochę mi przypomina fizycznie Fridę Kahlo, a przy tej okazji przypomniałam sobie o wystawie w Berlinie, którą niedługo mi zamkną, więc trzeba jechać. Zaangażowałam już w to Nico, więc mam przewodnika, przyjaciela i nauczyciela niemieckiego w jednym przez berliński weekend już niedługo.

Niedługo okaże się również, czy znów będę studentką pierwszego roku. Wolałabym tak, więc proszę trzymać kciuki i ciepło o mnie pomyśleć w najbliższych dniach.

Ściskam.

czwartek, 24 czerwca 2010

Sjuprajs, jak mówią Rosjanie. Mój znajomy nazwał mnie jakiś czas temu blogerem i chciał być w tej nomenklaturze trochę złośliwy, Państwu radzę odebrać moją obecność tu z czymś, co można określić mianem "czułego dystansu". W związku z ciągłym i głębokim oceanem wolnego czasu, tym razem po zachodniej stronie granicy, lepiej jest popisać, niż myśleć, nie mniej ja naprawdę staram się te dwie czynności w tej chwili połączyć. Sprawa jednak wygląda jak wygląda; dużo czytam, sporo godzin spędzam na brązowym fotelu przed córką konsumpcjonizmu, o którym ostatnio piszę i który pretensjonalnie krytykuję, czyli plazmą moich rodziców. Oglądamy mundial i jest wesoło. Kiedy pomyślę o pracy, praktykach, pozorach czy nienadchodzących wiadomościach, robi się wesoło trochę mniej, ale od dzisiaj, od jedenastej, już nie narzekam.

Chciałam trochę o kobietach, których na ogół nie lubię. Ale nie o tym chciałam, że nie lubię, tylko o tym, że jak już się spotka tych kilka odpowiednich, to należy traktować to jako fart porównywalny ze spotkaniem tego jedynego człowieka, z którym chce się hodować owieczki. I nikt mi nie wmówi, że męska przyjaźń, choć fajna, bo trwała, szczera i polegająca na aktywnym spędzaniu czasu, może się równać z tą damską. Prawdziwa przyjaciółka to ta, która przytrzyma ci włosy, gdy rzygasz z nieszczęścia i jakże to stwierdzenie prawdziwe i ujmujące jednocześnie. Od dawna uważam, że przy żadnej innej osobie nie można poczuć takiej swobody myśli, wyglądu i wyrażenia skrajnych emocji, jak przy właściwej przyjaciółce, którą poznasz po tym, że jest mądra, śliczna, ale z krwi i kości, czyli też jej się kręci grzywka na deszczu. I takich wszystkim życzę oraz z tego miejsca ściskam najmocniej moje dwie, które dzielnie i cierpliwie nie raz przywracały mnie do świata żywych i pewnie jeszcze nie raz będę, za co im chwała i gładka cera aż do śmierci.

piątek, 11 czerwca 2010

...

Skończyłam wczoraj dwadzieścia jeden lat. Bez fajerwerków, bez większych zmian w wyglądzie i bez najbliższych mi osób u boku. Leżałam na trawie, ponieważ mamy tu piękne lato, w towarzystwie kilku studentów, których od jutra będę wspominać, gdy sentymentalizm weźmie górę. Tak jest. Pora wrócić do życia w Polsce, co jeszcze kilka dni temu brzmiało dla mnie wieloznacznie, teraz brzmi po prostu smutno. Bo skoro nie będzie tak, jak przed wyjazdem (a nie będzie), to znaczy, że w pewnym sensie jadę układać swoje życie w nowym miejscu. Co więcej, jadę je układać ze wszystkimi zmianami, jakie we mnie zaszły, a że odkryłam dopiero niektóre, ciężko mi przewidzieć, co się wydarzy. Mogę sobie obiecać chociaż tyle, że będzie ciekawie.

Jestem dobra w podsumowaniach, ale nie dzisiaj. Bo Moje Wilno dało mi mnóstwo historii, które szczęśliwie będę przechowywać w pamięci do później starości, ale dało mi też wydarzenia, które nie zdążyły mieć swojego rozwinięcia, a tym bardziej zakończenia. Jedyne co mogę zrobić, to spróbować przenieść je na moją zielonogórską rzeczywistość, czego bardzo bym chciała. Boże, jak bardzo bym chciała.

I ja tak naprawdę nie wiem, co Państwu napisać. Że chcę zabrać do, i tak już wypchanej, walizki kilka osób, żeby na stałe wpisały się w mój polski krajobraz, że chcę więcej takich spotkań, rozmów, obiadów, kolacji, wyjazdów, wieczorów, spacerów? Banalne i rzewne, ale niestety prawdziwe.

Czekają na mnie rodzice i następne plany, a że jest ich sporo, może cały proces ponownej aklimatyzacji przejdzie bezboleśnie. Wątpię, by był to ostatni wpis tu. Może adres tego bloga przybierze bardziej metaforyczny wymiar i końców świata będzie trochę więcej, albo może po prostu będzie mi się chciało popisać. Miło mi, jeśli ktoś śledził te emocjonalne dyrdymały ze mną, a jeśli ktoś się zaciekawił, to tym bardziej kłaniam się nisko.

I znów jest Florence And The Machine, ale w jakże innym kontekście tym razem, łzawe spojrzenie przez prawe ramię, gaszenie światła, napisy końcowe.

Fajnie było, dzieciaki. Dziękuję.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Pojechałam do Rygi i była bajkowa. I choć teraz tak łzawo i rzewnie, i różne historie dyszą w kark i nic chyba nie jest na tym świecie takie, na jakie wygląda, to miło nie mieć siły się nad tym zastanawiać i ze zdrowego wykończenia zasypiać zanim nawet się o tym pomyśli.

poniedziałek, 31 maja 2010

31. maja

Oficer fińskiej armii siedział trzy metry dalej i jadł bułkę z szynką. Szeleściłam notatkami, a on powiedział "We wtorek wyjeżdżam, wiesz?". Nie wiedziałam. Poszeleściłam jeszcze trochę i poszliśmy napisać jeden z jego ostatnich egzaminów. I było normalnie. Ani tego nie przeczyta, ani ja mu tego nie powiem, ale : dziękuję. Bez pytań za co.

I może jednak uda mi się spędzić urodziny w Rydze, zdać wszystko, co tam będą chcieli czy nauczyć się rosyjskiej gramatyki w wakacje. W związku z tym, że pozbyłam się ogromnego balastu martwienia się o wszystko (przynajmniej na razie), tylko nie o siebie, to jest mi dużo lżej, wręcz mgiełkowo i przyjemność sprawia mi każdy spacer, torebka z lumpeksu, czy obrazek starszej siostry uczącej pięciolatkę cyrylicy. No może jestem koszmarnie sentymentalna i czasem mnie od tego mdli, ale mi przejdzie. Poza tym w Wilnie trafił mi się bardzo fajny maj bez powodzi. A jeśli przetrwałam tu cały maj i wszystkie paskudztwa, które przyniósł, to po pierwsze mieszkam na Litwie już cztery miesiące, a po drugie, może być już tylko lepiej.

W przerwach między uczeniem się pójdę do kina i na polskie dyktando. o.

Apropos mgiełkowości, nowe odkrycie Wojtka, które od kilku dni nie opuszcza mojego winampa.


poniedziałek, 24 maja 2010

Wczoraj pomyślałam, że mój spokój nareszcie jest tam gdzie powinien być. Ze mną. Świeciło słońce, była niedziela, nie kupiłam kolejnej pary infantylnych kolczyków, piłam kawę na ulubionym fotelu w ulubionym miejscu i patrzyłam na ulicę przez ulubioną szybę, przeszłam przez plac pod katedrą. Dwóch bliźniaków w pomarańczowych spodniach grało na gitarach i uśmiechało się przyjaźnie; jeden z moich wileńskich aniołów stróżów kupił mi ich płytę i bez słowa pocałował w czoło. Wieczorem w restauracji powiedziałam po litewsku, że poproszę rachunek, a kelnerka się z pobłażaniem rozpromieniła. I gdyby wczoraj trzeba było stąd wyjeżdżać, nie zrobiłabym tego za nic w świecie.



czwartek, 13 maja 2010

I jeszcze tylko kilkutygodniowe formalności i trzeba będzie spakować mój półroczny dobytek do śmiesznie małej walizki i oddać klucze. Jest mi z tym na razie dość nijako i chyba nie do końca rozumiem, że po pierwsze etapy, jak sama nazwa wskazuje, nie trwają wiecznie, a po drugie, nie można wrócić do takiego stanu , jaki zostawiłam przed wyjazdem, mimo że takie były plany. Plany jak wiadomo, służą temu, żeby nie wypalać i nadają się na życie jak mysia dupa na torbę podróżną, więc, jak mówi mama, po powrocie usiądziemy i pomyślimy. Ta sama mama przypomniała mi też dzisiaj, skąd ten tragiczny ból głowy, który trwa od kilku dni i choć nie miała racji, to bardzo bym chciała, żeby to było przez pogodę właśnie, a nie przez emocjonalno-prywatny rozpiździel. No ale. Nie po to Państwo to czytają, by śledzić smutne historie.
Zajmuję się teraz intensywnym myśleniem o organizacji pracy, niestety jeszcze nie samą organizacją, co mam zamiar zmienić jutro, jak tylko wrócę z meczu siatkarskiego przy Białym Moście i nie wpadnę na pomysł, by pójść na festiwal muzyczny lub na juwenalia. A do napisania mam kilka łzawych kawałków o Tristanie i Izoldzie i kartkę egzaminów to pozaliczania.

Szczerze zachęcam do pozastanawiania się ze mną, w jakie to fajne miejsca pojechać w czasie wakacji. A najlepiej by było, jakby mi ktoś potowarzyszył.

Na koniec ogłoszenie plus zaproszenie.
www.piknikipoetyckie.pl , nieco tam Państwu poczytam, porecytuję, a i towarzysko spotkam się chętnie.