sobota, 25 grudnia 2010

VL

Wprowadzając (nieświadomych) Państwa w nowości wydawnicze stycznia, zastanawiam się, czy ktoś dziś ogląda stare filmy. Nie, żebym się wywyższała, bo nie ma się czym chwalić, że w kinie na pokazie 3D nic nie widzę przez te okulary i boli mnie głowa, ale ja oglądam. Oglądam często moją ulubioną Vivien Leigh i wzdycham nad tą teatralną kinematografią, nad kobietami o porcelanowej skórze i pięknych kościach policzkowych, nad mężczyznami w wyprasowanych koszulach i nad dyganiem, gdy dama wejdzie do pokoju. I, naprawdę, dajmy już spokój "Przeminęło z wiatrem", bo może faktycznie przeminęło i, niesłusznie, zostało ikoną kojarzoną z banałem przez co traci na wejściu u dużej rzeszy potencjalnej publiczności. Ale kto widział "Tramwaj zwany pożądaniem" (i naprawdę genialny duet Leigh&Brando) lub "Annę Kareninę" i może powiedzieć, że to gorsze niż jakiś tam Avatar i niebieskie istotki? Nie wspominając już o źródłach tych filmów, czyli książkach. Zachwyt.

Zajęci są Państwo pewnie piernikiem i "Kevinem samym w domu". I słusznie.

Życzę wszystkiego dobrego na Święta, a w nowym roku niespożytej energii i świętego spokoju, do podziału. Ach, zapomniałabym. I miłości, bo z nią się wszystko udaje.

Ściskam

piątek, 19 listopada 2010

Survival

Wypadało zapisać się na seminarium i zastanowić się nad tematem, więc to zrobiłam. Rozmyślań było niedużo, padło na poezję i Stany Zjednoczone, ale nie trudami dotyczącymi prac naukowych (przy czym ten przymiotnik jest tu mocno naciągany) chciałam się podzielić, a kilkoma uwagami na temat kanadyjskiego pisania i wykładania literatury na filologiach, jakkolwiek tendencyjnie czy górnolotnie by to nie brzmiało.
Przy okazji szperania w Internecie i bibliotekach w poszukiwaniu materiałów do pracy, zebrało mi się na wspominki o dr Rucie Slapkauskaite, uśmiechniętej blondynie i rewelacyjnym naukowcu z Litwy, fascynatce literatury kanadyjskiej. Co więcej, przypomniały mi się wszystkie proponowane przez nią na zajęciach teksty, od celebrytki Atwood do kanadyjskich autorów litewskiego pochodzenia. Zatęskniłam od razu, bo doceniałam bardzo jej umiejętność przebicia się z tą prozą przez chaszcze Johnów Smithów, ludzi, myszy i szkarłatnych liter z USA, i tak przecież zdawkowo omawianych. Pomimo prostoty tematów i formy pomyślałam nawet, że miło byłoby pomęczyć się z pracą właśnie z literatury kanadyjskiej. Później pomyślałam, że musiałabym przekonać, a potem przekwalifikować mojego promotora i mi się odechciało. Nie jestem pewna, czy przeszkodą jest tylko mój uniwersytet, czy tę dziedzinę, niesłusznie, traktuje się po prostu po macoszemu.

Ze spraw bieżących: słuchałam dziś rosyjskiego disco i upiekłam pączki. To będzie dobry, choć singielski, weekend.

wtorek, 26 października 2010

Love

is the answer.

Ostatnio często przepraszam za ckliwość.

poniedziałek, 13 września 2010

Czasem tak się dzieje, że słoneczną, najpewniej ostatnią taką w tym roku, niedzielę spędza się w domu, z bólem głowy i katarem, bo akurat miało się dwudniową dziurę w przyjmowaniu witamin i czosnku (bądźmy poważni, co złego może się stać w ciągu dwóch dni wolnych od czosnkowego smrodu, najwyraźniej wiele, na przykład przeziębienie.) No w każdym razie, dzisiaj dwie sprawy. Coppolowski "Tetro" i szwedzkie kryminały.

Tak się przyjemnie złożyło, że zeszły weekend należał do tych zdecydowanie udanych, a i znalazł się czas na wieczorne kino w centrum stolicy. Padło na Coppolę, bo lubię, bo Vincent Gallo, bo dlaczego nie. I chociaż trudno oceniać film tego typu reżysera, no bo jakie mogą mieć znaczenie następne dzieła, skoro się już nakręciło "Czas Apokalipsy", to jednak nie ma tam miejsca na rozczarowanie. Jest tak, jak powinno być. Klimatycznie, ale bez przesady, z przesłaniem, ale bez porywania się na arcydzieło, są dobrze rozpisane postacie i jakoś trzyma się to wszystko czarno-białej kupy, mimo że można domyślić się zakończenia po paru minutach. I skoro jesteśmy już przy domyślaniu się finału, można gładko przejść do Larssona. Jakiś czas temu kupiłam trzy tomy "Millenium", rozpalić tym można w kominku, tyle papieru, ale że i mnie masowe zachwyty czasem dotyczą, kupiłam i czytam cierpliwie. I na początek należy powiedzieć, że jest dobrze. Wchodzi, na posezonowe wakacje w kurorcie, jak znalazł i nie jest to wcale złośliwość, w tym wypadku pochwała, w końcu o to chodzi w kryminałach – nie po to się je czyta, żeby odpowiadać sobie na egzystencjalne pytania. Wszyscy bohaterowie ciągle piją kawę i wymienia się po kolei, jakie meble kupili w Ikei, ale to są tylko potknięcia w obliczu tego, że historia jest po prostu ciekawa. ALE. Czytając Larssona ma się wrażenia podobne do słuchania komentatorów sportowych na Polsacie, którzy niegdyś, niestety, komentowali Mundial i pełno tam było golkiperów, timów, amerykańskich soldżerów, songów, fajtowania i innych paskudztw. Nic mnie tak nie wyprowadza z równowagi jak bezsensowne zapożyczenia (jakby z bramkarzem lub piosenką było coś nie tak), a takich idiotyzmów w książce przetłumaczonej w całości na język polski się nie spodziewałam. Na tyle ta wersja jest bezczelna, że wstawki z angielskiego, całe zdania, uniemożliwiają zrozumienie kontekstu, dla czytelnika, który angielskiego nie zna, co jest już w ogóle grandą. Skandynawowie na pewno zangielszczeni są bardziej niż Polacy, ale tu trochę przesadzili.

Proszę nasłuchiwać, wypatrywać, niedługo nowości i zmiany. Ściskam Państwa.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Telewizja

Zajmuję się ostatnio odgrywaniem różnych ról społecznych, więc wczoraj wieczorem postanowiłam w ramach odpoczynku oddać się prostej rozrywce dla ucywilizowanej masy i włączyłam telewizor. Ja wiem, że to wyświechtany temat o tym, jak bardzo jest źle i że w ogóle nie ma co oglądać, ale moim zdaniem wczorajszy wieczór przebił całe zło, jakie kiedykolwiek widziałam w polskich mediach. 1. Wybory Miss Polski. W tym temacie od zawsze było źle, ale po wczorajszym tylko jeden epitet ciśnie mi się na usta, ale nie przytoczę, bo ograniczam wulgaryzmy. Gwiazdami wieczoru byli Krzysztof Ibisz, który mówi na siebie "Kris" i dziewczyny, których wyrazu twarzy po prostu nie da się opisać, tylko trzeba zobaczyć. 2. Biała Masajka. Czyli film o tym, że Szwajcarka zakochuje się w Masaju i myśli, że skoro on wypowiada jakieś 75 słów, ma fajne, czarne, muskularne ciało, to będą żyli szczęśliwie, jak Romina Power i Al Bano. 3. Kilka pozycji niewymagających komentarza: Kulisy Sławy Grażyny Wolszczak, Hotel 52, Gadżety Kobiety i Bydgoszcz Hit Festiwal. Zapytałam kompetentną w temacie osobę, ile w naszym domu płaci się za telewizję nowej generacji.
- 112 zł.

Ja tam się nie znam, ale 112 zł za Krisa Ibisza, Masajkę i Hotel 52 to chyba za dużo.

sobota, 21 sierpnia 2010

JMB


Bardzo lubię to uczucie, kiedy coś mnie jeszcze kulturalnie zachwyci, zainspiruje i otworzy szerzej moje oczy. Zaczęło się od leniwego przeglądania Newsweeka i natknięcia się na skromny artykuł dotyczący Jean Michella Basquiata (proszę mi wybaczyć, ale pojęcia nie mam jak się odmienia francuskie nazwiska przez polskie przypadki), który może i nie był porywający, ale przykuł moją uwagę czarnoskórym chłopaczkiem o szczerym i smutnym spojrzeniu na tle pstrokacizny w swojej pracowni. Basquiat przyjaźnił się z Warholem, chociaż podobno toksycznie, i zaćpał się, jak na porządnego dwudziestosiedmioletniego artystę przystało. Nie dalej jak dziś po południu, Oliwia siedziała na moim dywanie pijąc kawę z ekspresu i rozmawiałyśmy o tym, że jak autor się zabije lub dokona innej, szeroko pojętej autodestrukcji, to się prace lepiej sprzedadzą i jakże się nie myliła. Z JMB chodzi chyba jednak o coś więcej, bo do mnie ten kolorowy prymitywizm jakoś podejrzanie mocno przemawia, a po obejrzeniu filmu biograficznego (swoją drogą na podstawie książki Lecha Majewskiego, której teraz usilnie szukam, ale internet jest średnio pomocny) ze zdziwieniem stwierdzam, że poza obrazami, rozumiem ten specyficzny rodzaj samotności i popieprzenia, patrzenia w sposób, który człowieka samego dołuje i straszy, by za chwilę zachwycić. W oczach ten chłopak miał coś tak niesamowicie skromnego, a zarazem wzniosłego, że aż miałoby się ochotę posiedzieć obok niego w nowojorskim parku i słuchać Milesa na dwóch słuchawkach. Jedna on, druga ja.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Niesmak i rymy gramatyczne

W różnych sytuacjach z ludzi wychodzi żenada, jednak najradośniej macha przy okazji rodzinnych spraw spadkowych. Nie należę do osób zbyt rodzinnych, moje skromne, kilkuosobowe grono wystarcza mi w ciągu tygodnia, a i potrzeby odwiedzania, obiadków, kartek, czy telefonów do dalekich krewnych nie mamy przy święcie lub niedzieli. W związku z tym przesadnej czułości dla kuzynki babci oraz córki szwagierki brata dziadka nie mam, co jest raczej oczywiste, niż nie, więc na tym krótkim wprowadzeniu poprzestańmy. Kilka razy, a nawet i ostatnio, miałam okazję zaobserwować sytuacje, w których ludzie nie rozumieją tych wątpliwych relacji między sobą i łaszą się na wszystko, co może wiązać się ze śmieszną liczbą polskich złotych albo ogólnie rozumianym dobrem materialnym, które denat po sobie pozostawił. Pewna rodzina, gdy zmarła im leciwa babcia, ciotka, kuzynka, czy kto tam jeszcze, w jednej osobie, w tydzień po pogrzebie tłumnie przybyła z daleka do mieszkania, by je ograbić z serwetek, kożuchów, biustonoszy, kieliszków, żelazka (?!) i praktycznie wszystkiego, co można włożyć do torby i z czym się oddalić na dworzec. Przy czym o notariuszu, spadku, odpisaniu, przepisaniu, podpisaniu, dziedziczeniu, mieszkaniu i spłaceniu mówiło się z podekscytowaniem jeszcze długie miesiące. I tak mnie to trochę zastanawia. Czy teraz ludzie już nie czerwienią się ze wstydu przed samym sobą i przed innymi, czy może czerwienią, ale że zawstydzeni są wszyscy dookoła, to nie ma to żadnego znaczenia?