poniedziałek, 25 kwietnia 2011

niemanie

Nawet witamin nie umiem łykać regularnie, a co dopiero prowadzić bloga. Wydaje mi się w ogóle, że "prowadzić bloga" to określenie zupełnie niezdarne i nieadekwatne do tego miejsca, ponieważ trzeba mieć wtedy coś do powiedzenia, a ja mam bardzo rzadko. Nie mówię tego jednak z troską o siebie, przeciwnie, to niemanie niczego do powiedzenia zaowocowało niedawno tym, że tłumaczę na polski to, co inni powiedzieli, ale dawno temu i daleko stąd, przez co takich tłumaczeń u nas (jeszcze) nie ma. Ale będą, bo, jak wspomniałam, nie mam nic do powiedzenia.

Przyszłam tu jednak nie po to, by o tym mówić, ale dlatego, że wybieram się do Wilna. A skoro Wilno, to blogspot, to stukanie na klawiaturze na moim akademikowym łóżku, to podróż tak sentymentalna, że boję się reakcji Dawida, którego tam zabieram, na to, że będzie mnie wzruszać każdy krawężnik. Skoro Wilno, to Dalia, to Robert i jego chłopięco zmarszczone czoło, które uwielbiam. I mnóstwo ważnych rozmów oraz decyzji, które tam zapadną.

Na tę końcówkę Świąt i zbliżające się lato życzę samych radości. Obiecuję wrócić i mieć coś do powiedzenia.

piątek, 4 marca 2011

babskie śmieci w sieci

To już nie te czasy, kiedy włączało się po kryjomu komputer i rozmawiało z chłopcami na gadu gadu; teraz to od komputera byle jak najdalej, bo tam tylko służbowe maile i praca do napisania. Słyszałam, że od długiego siedzenia przed monitorem ma się mniej energii i ogólne przytępienie, co mnie bawiło jako czternastolatkę, a teraz ze zrozumieniem kiwam głową. Chciałabym napisać słowo o portalach internetowych, przy czym temat się pewnie rozszerzy, ale to zobaczymy. Zacznę od portalu dla kobiet, który jest "seksowny", wyzwolony, przebojowy i, zdaje się, dla kobiet szczęśliwych. Polubiłam na fejsie i w ogóle, ale mam wrażenie, że miejsca, gdzie hołduje się radości są beznadziejnie spłycone. Na stronie głównej róż (do którego nie powinno się nic mieć, kolor jak kolor, ale kojarzy się raczej marnie), hot news, good look (ponieważ słowa "dobry" i "wygląd" brzmią obrzydliwie, po polsku i prowincjonalnie), a wg sondy jedyne co może poprawić kobiecie humor to kawa, seks, miłość, czekolada, buty i bieganie. (?!) Pierwsza podpisuję się pod inicjatywami medialnymi, które mają podładować kobiecy świat energią, zadowoleniem i chęcią działania oraz sprawiania sobie wszelkich przyjemności, ale zastanawia mnie, czy forma zawsze musi być taka nieciekawa. Dlaczego na jednym z głównych polskich portali dla mężczyzn obok zdjęć ładnych pań i fajnych samochodów, są wywiady z naukowcami, informacje ze świata, wiadomości kulturalne i społeczne? Szukam dalej. Kolejne miejsce dla pań, tematy miesiąca : grypa, makijaż, paznokcie. Dalej. "Polowanie na feministki. W świecie mężczyzn feministka jest nie do zaakceptowania." Kolejny. "STOP podjadaniu".

Czyli co, świat tipsów albo feminizm. I nic więcej?

czwartek, 3 lutego 2011

Walentynki są spoko. Nie rozumiem o co chodzi z tą całą nagonką na czerwone serduszka w supermarketach i na przejmowanie komercyjnych świąt Zachodu. Gdyby chodziło o dzień bezczeszczenia zwłok, mogłabym zrozumieć oburzenie, ale dzień zakochanych? Nie dość, że nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli kupi pudełko czekoladek i zrobi komuś przyjemność (no bo komu nie sprawia przyjemności czekolada, tap madelkom chyba), to nawet gdyby miałoby się Walentynki bojktować - nic prostszego. Sklepy są wypchane przesłodzonymi misiami ajlowju, bo taką niektórzy ludzie mają pracę - produkować i sprzedawać misie ajlowju. I nie jest to w żaden sposób gorsza praca niż handlowanie węglem czy nauka angielskiego. I o ile rozmawiam z ankieterami, którzy napastują mnie przez telefon w niemal każde popołudnie ("bo ludzie ciężko pracują i trzeba im pomóc."), o tyle napędziłam milionową machinę i kupiłam w tym roku kartkę z wielkim sercem za 4,99.
Nie biorę pod uwagę zarzutów, że w Walentynki samotni oglądają komedie na dwójce i ryczą w poduszki, bo na tym polega niezrozumienie tego dnia. Nie o to chodzi, żeby czternastego lutego sortować ludzi na samotnych i w związkach, tylko, żeby wykrzesać z siebie trochę życzliwości, kupić koleżance kwiatek czy mamie upiec ciasto. A jak się jest zakochanym, to Walentynki i tak się ma codziennie. O.

piątek, 28 stycznia 2011

Tak się szczęśliwie złożyło, że ukazały się "Usta Vivien Leigh". Różne rzeczy o tej książce słyszałam, na przykład, że trąci lolityzmem, feminizmem, erotyzmem, jest romantyczna, ironiczna, że jest książką dla kobiet, że jest książką dla mężczyzn, że jest debiutem przedwczesnym, że jest debiutem w sam raz. I choć pewnie dużo w tym wszystkim racji, to ja lubię myśleć, że to książka o radości. Z dorastania, z kobiecości, z miłości albo z niczego. Z tego też, na przykład, że bohaterka dała radę, mimo że tak łatwo nie było. Lubię tak myśleć i wolę, by mnie nie wyprowadzać z błędu. Mam taką nadzieję ( i przyniosłoby mi to najwięcej satysfakcji), że każda kobieta po przeczytaniu pokiwa lekko i ze zrozumieniem głową mówiąc "Nooo, w sumie racja."

Zapraszam i polecam, na przykład
tu.

wtorek, 11 stycznia 2011

Tak sobie myślę, jaka byłabym mądra, gdybym potrafiła efektywnie pracować. Ile zdążyłabym już w tym krótkim życiu przeczytać, napisać, nauczyć się, wypełnić. Codziennie przynajmniej kilka godzin poświęcam na intensywną pracę, z czego wychodzą mi popołudnia takie jak dziś - poukładałam siedem skserowanych kartek w przeznaczonych do tego przegródkach, położyłam obok siebie dwadzieścia stron tekstu o ocenie dzieła literackiego, wypiłam dwie herbaty i odbyłam trzy rozmowy telefoniczne. Otworzyłam dokument tekstowy o moich konfesjonalistach i szybko go zamknęłam. Tak sobie myślę, że to smutne. Czas przestać zwalać winę na Facebooka, sklepy i księgarnie internetowe, bo prawdą jest, że zbytnio wzięłam do siebie zasadę szanowania swoich ograniczeń. Kiedy mam wolne popołudnie, całą masę spraw do załatwienia i sesje za pasem -potrafię parzyć herbatę i się obijać. Lub pisać teksty na blogu o tym, że mam dużo do zrobienia, a pracowitości za grosz. Ponieważ prowadzę dość modny tryb życia, czyli pracuję i chodzę na jogę, a przy okazji nie mam potrzeby podwyższania samooceny obarczaniem ludzi swoim rozkładem dnia (Taaaaka jestem zarobiona, tyle pracy, bo wiesz, studiuję dwa kierunki, DWA kierunki) , ku mojemu zaskoczeniu, ktoś mnie ostatnio zapytał, jak znajduję na wszystko czas i czy się nie przepracowuję. No jak to jak? Przecież skoro gapię się w sufit, to muszę mieć go całe mnóstwo. Przepracowanie to picie kawy o drugiej rano, bo zostały jeszcze trzy godziny z komputerem. To nieprzestający dzwonić telefon i notes zapchany tak, że na przyjemności nie ma już czasu. TO jest zapracowanie, które trzeba chyba rozpatrywać w kategoriach problemu i sytuacji do zwalczenia, a nie powodu do pochwalenia się i szukania aprobaty w oczach znajomych.

No ale. Mogę się mylić. Mając wolne popołudnie, co ja tam wiem.

sobota, 25 grudnia 2010

VL

Wprowadzając (nieświadomych) Państwa w nowości wydawnicze stycznia, zastanawiam się, czy ktoś dziś ogląda stare filmy. Nie, żebym się wywyższała, bo nie ma się czym chwalić, że w kinie na pokazie 3D nic nie widzę przez te okulary i boli mnie głowa, ale ja oglądam. Oglądam często moją ulubioną Vivien Leigh i wzdycham nad tą teatralną kinematografią, nad kobietami o porcelanowej skórze i pięknych kościach policzkowych, nad mężczyznami w wyprasowanych koszulach i nad dyganiem, gdy dama wejdzie do pokoju. I, naprawdę, dajmy już spokój "Przeminęło z wiatrem", bo może faktycznie przeminęło i, niesłusznie, zostało ikoną kojarzoną z banałem przez co traci na wejściu u dużej rzeszy potencjalnej publiczności. Ale kto widział "Tramwaj zwany pożądaniem" (i naprawdę genialny duet Leigh&Brando) lub "Annę Kareninę" i może powiedzieć, że to gorsze niż jakiś tam Avatar i niebieskie istotki? Nie wspominając już o źródłach tych filmów, czyli książkach. Zachwyt.

Zajęci są Państwo pewnie piernikiem i "Kevinem samym w domu". I słusznie.

Życzę wszystkiego dobrego na Święta, a w nowym roku niespożytej energii i świętego spokoju, do podziału. Ach, zapomniałabym. I miłości, bo z nią się wszystko udaje.

Ściskam

piątek, 19 listopada 2010

Survival

Wypadało zapisać się na seminarium i zastanowić się nad tematem, więc to zrobiłam. Rozmyślań było niedużo, padło na poezję i Stany Zjednoczone, ale nie trudami dotyczącymi prac naukowych (przy czym ten przymiotnik jest tu mocno naciągany) chciałam się podzielić, a kilkoma uwagami na temat kanadyjskiego pisania i wykładania literatury na filologiach, jakkolwiek tendencyjnie czy górnolotnie by to nie brzmiało.
Przy okazji szperania w Internecie i bibliotekach w poszukiwaniu materiałów do pracy, zebrało mi się na wspominki o dr Rucie Slapkauskaite, uśmiechniętej blondynie i rewelacyjnym naukowcu z Litwy, fascynatce literatury kanadyjskiej. Co więcej, przypomniały mi się wszystkie proponowane przez nią na zajęciach teksty, od celebrytki Atwood do kanadyjskich autorów litewskiego pochodzenia. Zatęskniłam od razu, bo doceniałam bardzo jej umiejętność przebicia się z tą prozą przez chaszcze Johnów Smithów, ludzi, myszy i szkarłatnych liter z USA, i tak przecież zdawkowo omawianych. Pomimo prostoty tematów i formy pomyślałam nawet, że miło byłoby pomęczyć się z pracą właśnie z literatury kanadyjskiej. Później pomyślałam, że musiałabym przekonać, a potem przekwalifikować mojego promotora i mi się odechciało. Nie jestem pewna, czy przeszkodą jest tylko mój uniwersytet, czy tę dziedzinę, niesłusznie, traktuje się po prostu po macoszemu.

Ze spraw bieżących: słuchałam dziś rosyjskiego disco i upiekłam pączki. To będzie dobry, choć singielski, weekend.